O co tyle krzyku?!


Witajcie kochani,

Jakiś czas temu było wielkie bum na Instagramie i blogach a dokładnie - rozchodziło się o peeling kawowy do ciała marki BodyBoom. Nie ukrywam że i ja byłam zainteresowana co to za kawowe cudo. Zużyłam wszystkie moje peelingi i skusiłam się na Gwiazdę dzisiejszego postu.
Jest kilka wersji zapachowych np. kokos, grejpfrut, mango, banan, mięta oraz truskawka. Ja wybrałam truskawkę, pomyślałam że na lato to odpowiedni zapach. Niestety nie była to dobra decyzja bo truskawka jest tak intensywna, sztuczna że nie potrafię tego zapachu znieść. Producent chyba przy dozowaniu zapachu upuścił flakon z aromatem i przedobrzył ;) Nie wiem jak pachną inne peelingi od nich ale mój zapach jest okropny. No ale cóż bywa, prawda? Nie każdemu każdy zapach musi odpowiadać. Co dalej? Peeling otrzymujemy w torebce która jest na zatrzask. Dla mnie takie rozwiązanie jest mało praktyczne gdyż produktu nie mogę trzymać pod prysznicem bo się boję że ta torebka mi przemoknie i tyle z mojej przyjemności za nie małe pieniądze. A nie chcę go trzymać w np. szafce w łazience gdyż zwyczajnie na opakowaniu są resztki peelingu które brudzą i się osypują. Nie chcę sprzątać szafek za każdym razem gdy używam peelingu :)

Lećmy dalej. Konsystencja produktu bardzo przyjemna, wygodnie się rozprowadza po ciele. Niewielka ilość nam wystarcza by rozprowadzić na udach czy pupie - bo na tych partiach ciała się skupiam przy użyciu kosmetyku. Po użyciu skóra jest gładka i przyjemna w dotyku ale to nam akurat zapewni każdy peeling nawet ten najtańszy. Peeling pozostawia tłustą warstwę na skórze a ja tego nie lubię. Nie zauważyłam żeby skóra była napięta czy jędrniejsza. Ludzie nie czarujmy się tylko zdrowa dieta i sport zapewni nam ładne i jędrne ciało bez cellulitu. Nie ma kosmetycznych cudów a producent obiecuje gruszki na wierzbie bez żadnych badań a przynajmniej takowych nie znalazłam na jego stronie internetowej.
Podsumowując - dobry marketing to podstawa. Kolorowe opakowania przyjemne dla oka, nadanie "MU" cech ludzkich/męskich. Do tego producent rozrzucił parę gratisów wśród Blogerek i tak mu się interes kręci. Ktoś na kawie robi dobrą kasę :) I jasne gratki za dobry pomysł na siebie ale nie rozumiem tych ochów i achów dziewczyn. Żadna filozofia kupić sobie kawę, zaparzyć, przełożyć do słoika a do tego rzucić kilka kropel oleju arganowego, kokosowego, makadamia do tego kilka kropel wit. E i brązowy cukier. I mamy tyle peelingu ile nam się zapragnie :)
Nie wrócę do kosmetyku na pewno, zużyję do końca bo nie wyrzucam pieniędzy do kosza i szczerze mówiąc nie polecam Wam go. Za te pieniążki 65 zł za 200 gram kupicie sobie inny peeling albo produkty dzięki którym same wykonacie peeling w domu.

Pozdrawiam i cudownego tygodnia Wam życzę.
A.

Na ratunek paznokciom


Witajcie,

Już jakiś czas temu obiecałam Wam że napiszę o produkcie który pomógł mi w odbudowie moich paznokci które były w mega fatalnym stanie. Lekko ze mną nie miały bo najpierw męczyłam je tipsami, żelami kiedy były jeszcze bardzo modne a następnie przeszłam na hybyrdy. Na okręta cały czas było coś :) Po pewnym czasie stwierdziłam że stawiam na tradycyjne lakiery i między czasie zadbam o paznokcie które powinny dostać nagrodę po tych katorgach.
Oczywiście zaznaczę tu że paznokcie były robione przez fachowców w salonach kosmetycznych lub sama robiłam a znam się na tym ale mimo wszystko jestem zdania że wieczne żele, tipsy i inne nowości nie robią dobrze paznokciom.
Paznokcie się rozdwajały, łamały i nie mogłam ich w ogóle zapuścić. Próbowałam różnych odżywek ale niestety nie było takich efektów jakie chciałam.
Przez przypadek w drogerii natknęłam się na serum do paznokci Sally Hansen, Moisture Rehab. Kupiłam z ciekawości i jak mówią że ciekawość nie popłaca tak tym razem popłaciła :)

Obiecałam sobie że sumiennie, codziennie będę nakładać serum na noc. I tak też robiłam. Po tygodniu stosowania zauważyłam że paznokcie stają się twardsze i nie rozdwajają się. Teraz już po dłuższej kuracji widzę że paznokcie są mocniejsze, zdrowsze i nie mam z nimi problemów. Nie stosuję już odżywki codziennie a tylko wtedy gdy zmywam lakier. Daje wtedy paznokciom jeden czy dwa dni spokoju i w tym czasie aplikuje serum.
Kosmetyk ten nakładałam zawsze wieczorem zanim poszłam spać. Poczekałam aż "wpije" do paznokci, w tym czasie czytałam książkę czy oglądałam jakiś film. Serum się wygodnie rozprowadza, szybko wpija (no chyba że moje paznokcie były takie spragnione zawsze), nawet przyjemnie pachnie, jest wydajne bo niewielka kropla starcza na rozprowadzenie po całej powierzchni paznokcia. W swoim składzie zawiera ekstrakt z czarnej orchidei, ekstrakt z jagód acai oraz alg. 
Serum to pomogło moim paznokciom i korzystnie wpłynęło na moje skórki. Produkt znajdziecie w drogeriach HEBE czy ROSSMAN. Kosztuje 30 zł ale widzę że teraz w Rossmanie jest przecena i dostaniecie to serum już w cenie 21,69 zł. Tak więc zachęcam Was do zakupu bo warto :)

Znacie produkt? Może i Wy macie jakąś dobrą odżywkę do paznokci o której nie wiem a chętnie przetestuje? Chociaż nie ukrywam że ta odżywka to dla mnie totalny pewniak.

Pozdrawiam,
A.

ORIGINS peeling enzymatyczny

Cześć Wam,


Miałam dziś pisać podsumowanie miesiąca ale jednak najpierw Wam napiszę o moim kolejnym odkryciu marki ORIGINS. Łapię się na tym że coraz bardziej wkręcam się w ich kosmetyki. Nie trafiłam jeszcze na bubla a moja cera bardzo polubiła ich produkty.
Ostatnio skończył mi się peeling do twarzy i musiałam się zdecydować na nowy kosmetyk. Zazwyczaj sięgałam po standardowe zdzieraki ale tym razem skusiłam się na peeling z ekstraktem z owoców a co za tym idzie na peeling enzymatyczny. 
Nigdy peelingu enzymatycznego nie miałam więc warto spróbować, prawda? Jak wiemy a może nie wiemy peeling enzymatyczny różni się od standardowego zdzieraka tym że rozpuszcza martwy naskórek dzięki ekstraktom z owoców takich jak np. papaja, mango, morele. I taki właśnie ma skład mój nowy peeling a mianowicie silnie działający wyciąg z papai oraz drobno zmielone pestki moreli i mango. Dodatkowo zawiera olejek z eukaliptusa, olejek z jodły syberyjskiej, olejek z liści mięty polnej, ekstrakt z róży oraz ekstrakty z cytrusów. Jego zapach jest przyjemnie owocowy i pobudzający. Nada się na poranne orzeźwienie ale wieczorem również można go stosować. Jak go stosuje? Otóż wyciskam z tuby ilość plus minus wielkości orzecha migdała ;) i daje trochę na czoło, nos, policzka i brodę (na suchą skórę) po czym wmasowuję w twarz. Produkt jest mega gęsty więc aplikacja nie jest łatwa. Trochę opornie idzie rozprowadzanie kosmetyku ale nie przeszkadza mi to. Następnie delikatnie nawilżam opuszki palców i nadal masuję i masuję :) Dodaję wody i dalej masuję masuję i zostawiam. Idę sobie zrobić herbatki, po czym wracam i dalej masuję dodając wody i powoli zaczynam zmywać kosmetyk. Tak jak pisałam to nie jest zwykły zdzierak i jego aplikacja różni się nieco od standardowego peelingu. Oczywiście możecie znaleźć sobie swój sposób na jego aplikowanie, nie masować tak długo i zrobić tak by Wam było wygodnie ale mi to sprawia przyjemność to raz a dwa chce aby moja cera wykorzystała wszystkie ekstrakty zawarte w tym kosmetyku.
Twarz moja po takim zabiegu jest bardzo delikatna w dotyku, przyjemna, gładka i odżywiona. Jest zdrowa i zadbana. Chwalę sobie ten produkt i chętnie będę po niego sięgać i też pewnie wypróbuję inne, enzymatyczne peelingi. Dodatkowo jest mega wydajny więc starczy Wam naprawdę na długi okres czasu nawet przy stosowaniu dwa razy w tygodniu. Cena peelingu to 135 zł za 125 ml. Według mnie cena nie jest wygórowana bo raz peeling jest skuteczny a dwa bardzo wydajny. Polecam :)
Jestem ciekawa czy go znacie i możecie mi coś o nim napisać? :) A może polecicie mi inny, skuteczny peeling enzymatyczny?

Trzymajcie się ciepło :)
A.

DIORSHOW MAXIMIZER 3D


Dzień dobry,

Kochani jak Wam mija weekend? U mnie dziś słoneczna niedziela, siedzę na balkonie i pije pyszną kawę. Korzystając z wolnej chwili napiszę Wam słów kilka o moim ostatnim zakupie. Pamiętacie może jak pisałam Wam o tuszu do rzęs marki DIOR? Mam na myśli Diorshow Iconic Overcurl o którym możecie przeczytać tutaj. Wtedy pisałam Wam że kupiłam go pod namową koleżanki i że to był dobry zakup. Tym razem znowu dałam się namówić i kupiłam Diorshow Maximizer 3D. Muszę przestać chodzić z nią na zakupy bo zbankrutuje. A coś więcej na temat tego zakupu?
Otóż produkt ten jest serum-odżywką do rzęs która ma za zadanie wzmocnić i wydłużyć nasze rzęsy oraz nadać lepszego efektu po nałożeniu tuszu do rzęs. Możemy ten produkt używać jako zwykłą odżywkę np. nakładając ją na noc na rzęsy lub jako bazę pod tusz. Ja używam tego kosmetyku tylko jako bazę dlatego że nie jestem konsekwentna w pielęgnacji rzęs. Miałam już dużo odżywek i zawsze po paru dniach odżywki lądowały gdzieś na dnie pułki i tyle było z kuracji. Jako baza pod tusz kosmetyk ten sprawdza mi się bardzo dobrze. Wygodnie się go aplikuje, dokładnie się go rozprowadza po rzęsach, nie pozostawia grudek i innych cudów. Zaraz po nałożeniu bazy przystępuję do nakładania tuszu. Tusz również aplikuje się dobrze, baza w żaden sposób nie utrudnia aplikacji tuszu. Wszystko razem dobrze ze sobą współgra i faktycznie baza poprawia jakość tuszu. Rzęsy są jeszcze lepiej wyeksponowane, podkreślone i wydłużone. 
Baza też ma ciekawy skład bo zawiera między innymi kwas hialuronowy. Ogólnie fajny produkt ale idzie się obejść i bez niego. Powiem Wam tak, było to ciekawe doświadczenie, coś innego, nowego ale kolejny raz już tej bazy nie kupię. Nie jest to kosmetyk który musisz mieć w kosmetyczce. Oczywiście polecam go jak najbardziej bo złego słowa o nim napisać nie mogę ale jeśli masz na niego wydać 155 zł to przeznacz tą sumę na dobrej jakości krem do twarzy lub inny ważniejszy kosmetyk. 

Jestem ciekawa czy ktoś to serum/odżywkę miał i może się w tej kwestii wypowiedzieć?
Dajcie znać :)

Cudownej niedzieli i dużo energii Wam posyłam na nadchodzący tydzień :)
A.

ORIGINS maska


Witajcie kochani,

Post miał być co prawda wczoraj ale niestety nie miałam czasu. Jak wiecie ostatnimi czasy lubuje się w kosmetykach marki Origins. Pisałam Wam o maseczce i "podkładzie" pod maski tutaj oraz żelu do mycia twarzy tutaj. Zawsze jestem z kosmetyków Origins zadowolona i chętnie po nie sięgam. Interesują mnie ich kosmetyki i tak było też tym razem. Po przeczytaniu pozytywnych opinii na temat maski do twarzy Original Skin Retexturing Mask with Rose Clay skusiłam się i ją kupiłam. Oczywiście był to dobry zakup. A dlaczego? Dowiecie się czytając dalej.

Po pierwsze bardzo mi się podoba połączenie maski z peelingiem. Jeśli ktoś jest zabiegany i nie ma czasu na osobny peeling i maskę to w przypadku tego produktu będzie miał dwa w jednym. Świetny pomysł. Nie dość że nasza skóra jest odżywiona to jeszcze złuszczona. Super, prawda? Cząsteczki peelingujące są delikatne, nie jest to typowy zdzierak tylko delikatne złuszczanie.
Zawsze nakładam maskę na oczyszczoną twarz i czekam 10 minut po czym kolistymi ruchami zmywam za pomocą ciepłej wody. Maska jest gęsta, zbita ale aplikacja jest banalna a zmywanie nieco cięższe ale wiadomo tam gdzie glinka tam więcej czasu musimy poświęcić na zmycie maski. A propos glinki. Zawsze używałam tylko czarnej która świetnie się u mnie sprawdzała a tym razem mam glinkę różową która również polubiła się z moją cerą. Ogólny skład maski jest całkiem ciekawy bo zawiera koalin, wyciąg jojoba, olejek lawendowy i grapefruitowy, olejek z kwiatów pelargonii, olejek z rzymskiego rumianku, olejek z szałwii, wyciąg z róży, wyciąg z alg oraz kwas hialuronowy.
Dość sporo dobrodziejstw, prawda?
W miarę możliwości bo mam też inne maski i każdej chce używać nakładam ją raz w tygodniu czasem dwa. Moja cera po zmyciu kosmetyku jest promienna, odżywiona i widać że maska działa i poprawia kondycję naszej cery. Chętnie będę po nią sięgać bo naprawdę jestem z niej zadowolona. Kupiłam ją stacjonarnie ale spokojnie ją dostaniecie online czy w drogeriach Sephora. Cena maski to 99 zł za 100 ml produktu. Maska jest wydajna więc śmiało możecie zainwestować.

Znacie ten produkt? Jak się sprawdził u Was?

Ps. Maska nieco Was może szczypać ale nie martwcie się to normalne, też tak mam. Tak samo w przypadku tej czarnej.

Pozdrawiam i cudownego tygodnia Wam życzę.
A. 

Podsumowanie miesiąca MAJ


Witajcie kochani!

Za każdym razem gdy pisze podsumowanie miesiąca zastanawiam się czy z moim poczuciem czasu wszystko w porządku... Czas tak szybko mi ucieka że nie nadążam. Ledwo co pisałam podsumowanie miesiąca kwietnia a tu już piszę podsumowanie maja. Pewnie jeszcze trochę i będę pisała o grudniu. Wam ten czas też tak szybko leci? Masakra jakaś!

MAJ - cóż ja o nim mogę napisać? Zrobiło się w końcu ciepło i więcej czasu mogłam spędzać na spacerach i plaży. Kocham morze i plaże z ciepłym piaskiem. Spędzanie czasu na plaży jest dla mnie bardzo odprężające więc korzystam z tego luksusu ile się da i na ile pozwoli pogoda. Uwielbiam słuchać szumu fal i leżeć na piasku. Czytać książkę lub zwyczajnie leżeć i rozmyślać :) Tak więc maj rozpieszczał mnie pod kątem pogody i czasu spędzonym na plaży. Więcej też spacerujemy i oddychamy świeżym powietrzem.


# Od początku roku systematycznie starałam się ćwiczyć pośladki oraz uda pisałam Wam o tym w poprzednich podsumowaniach jednak w tym miesiącu wstyd się przyznać ćwiczyłam tylko 2 razy a szczotkowanie poszło w zapomnienie. Jest mi z tego powodu bardzo przykro bo zawiodłam sama siebie. Moje samozaparcie i dyscyplina w miesiącu maju rozpłynęły się w powietrzu... Wstyd! Liczę że na koniec czerwca napiszę Wam że się poprawiłam...

# Jeśli chodzi o moją pielęgnację twarzy to nic szczególnego się nie zmieniło. Nadal używam kremów od CLARINS o których Wam pisałam tutaj. Mam zamiar skończyć wszystkie maski czy sera które mam tak więc sumiennie wszystko kończę i pewnie o niektórych kosmetykach Wam napiszę na blogu. Jeśli jesteśmy w temacie pielęgnacji to sumiennie nakładam olejek do paznokci od Sally Hansen i jestem zadowolona z efektów więc też Wam wrzucę na bloga informacje o nim. Efekt jest wow! 

# W dalszym ciągu nawadniam organizm, sięgam systematycznie po witaminy i suplementy oraz zdrowiej jem, sięgam jeszcze częściej po owoce i warzywa a do tego robię soki. Jem też więcej jogurtów bo z tym był u mnie problem.

# W miesiącu maju nie przeczytałam nic co mogłabym Wam polecić. Kurczę, ten miesiąc był dla mnie mega leniwy. Nie zrobiłam w zasadzie nic sensownego i nic czym bym się mogła pochwalić oprócz tego że spędziłam połowę tego czasu na plaży. Nie wiem czy żałować czy cieszyć się że mogłam odpocząć i zrobić sobie reset. Ileż można coś udowadniać i pędzić jak inni. Choć nie ukrywam że mam trochę wyrzuty sumienia ...

# Nie miałam w planach żadnych kosmetycznych zakupów ale kupiłam kilka masek w płachcie od Sephora, peeling do twarzy od Origins oraz peeling do Ciała BodyBoom. Pewnie dam Wam znać jak kosmetyki te się u mnie spisały.

# Odsunęłam się od toksycznych ludzi w moim otoczeniu oraz takich którzy odzywali się tylko jak coś chcieli. Skupiam się na sobie i moich bliskich oraz na tych na których mogę zawsze liczyć.

Miesiąc MAJ był to miesiąc odpoczynku i refleksji. Większego niż zazwyczaj lenistwa. Czas zresetowania się i zastanowienia co jest dla mnie najważniejsze. Czy był to zmarnowany czas? Nie do końca ale mam odrobinę żalu do siebie że nie zrobiłam nic ambitnego.
Życzę Wam udanego czerwca i samych sukcesów.


A.




Kiehl's Creamy Eye with Avocado


Witajcie kochani,

Dziś przychodzę do Was z produktem legendą :) Chyba każdy już o tym produkcie czytał i bardzo dużo osób miało okazję kosmetyk ten używać. Swego czasu było o nim głośno na blogach i Instagramie. Ja sama również go kupiłam dlatego że czytałam o nim same pozytywne opinie.
Pewnie już Wam bokiem wychodzi czytanie o nim i oglądanie go ale ja sama chciałabym dodać kilka groszy od siebie i napisać jakie są moje odczucia po styczności z nim.
Otóż jeszcze do niedawna nie dbałam jakoś specjalnie o okolice oczu. Wychodziłam z założenia że jeśli mam dobry krem do cery a problemów typu wory pod oczami czy cienie są mi obce to po co dodatkowo inwestować w tego typu kosmetyki? Bez sensu, prawda? Po drodze od tego czasu natknęłam się na trzy kremy pod oczy. Nie były to miłe doświadczenia i zniechęciłam się. Więc cholerka, po co mi ten krem pod oczy? Następnie weszło bum na punkcie kremu pod oczy Kiehl's Creamy Eye Treatment with Avocado. Myślę sobie ok, kupuje! Czy to była dobra decyzja? Otóż tak moje drogie! Dlaczego? Jest to pierwszy krem pod oczy po którym moje oczy nie łzawią a rano wstaję z pięknie nawilżoną skórą w okolicach oczu.

Jestem przed trzydziestką i myślę sobie że jeśli teraz zadbam i odpowiednio nawilżę tą strefę twarzy to zaprocentuje to w przyszłości. W tym wypadku sprawdzi się powiedzenie "Jak dbasz tak masz". Trochę informacji o naszym bohaterze :) Krem jest w słoiczku i mamy gwarancję że użyjemy go do końca bo spokojnie resztki wygrzebiemy palcem. Krem ten jest bardzo ale to bardzo wydajny. Jak go kupowałam to myślałam że taka ilość to na długo mi nie starczy ale pomyliłam się. Dziennie go używam a jego jakby nie ubywa. Niewielka ilość na opuszku palca nam wystarczy aby rozprowadzić kosmetyk na całej okolicy pod oczami. Krem nie uczula mnie, nie podrażnia, oczy mi nie łzawią. Nakładam go po kremie na noc. Rano wstaję z naprawdę dobrze nawilżoną skórą. Czuć to nie tylko na cerze ale też gdy dotkniemy tych okolic palcem to czuć taką delikatność i nawilżenie! Ogromny plus. Krem jest koloru pistacjowego trochę w kierunku żółtego, delikatnie pachnie ale szybko się zapach ulatnia.


W swoim składzie zawiera olej avocado, beta-karoten oraz masło shea. Jest dostępny w słoiczkach po 28 oraz 14ml. Ja kupiłam ten mniejszy słoiczek bo nie byłam pewna jak zareagują moje oczy a nie chciałam pieniędzy wyrzucić do koszta. Spokojnie możecie sięgnąć po mniejszą wersję bo starczy Wam na bardzo długo.
Krem ten mogę śmiało polecić. Jestem z niego bardzo zadowolona i pewnie wrócę do niego jak tylko będę miała taką możliwość. Teraz mogę napisać że rozumiem dlaczego było na niego takie bum jednak nie wierzę że nie ma innych kremów które też tak dobrze nawilżają naszą cerę w okolicach oczu. Tak więc wybaczcie że po raz setny a może i dwusetny czytacie o kremie z Kiehl's ale też chciałam dorzucić swoje zdanie na jego temat :)

Pozdrawiam Was,
A.

Moja opryszczka


Witajcie kochani,

Właśnie rozpoczynam pierwszy tydzień bez opryszczki. Zmagałam się z tym małym ale męczącym problemem od dwóch tygodni. Miałam w swoim życiu trzy razy opryszczkę ale tym razem pierwszy raz tak długo ale to z mojej winy. Dlaczego? Dowiecie się w dalszej części postu.
Teraz kilka faktów dotyczących opryszczki.

"Opryszczka zwykła lub opryszczka pospolita, potocznie zimno lub febra – choroba zakaźna wywołana przez wirusy HSV1 i HSV2.
Choroba ujawnia się w postaci powierzchownych zapalnych pęcherzyków uformowanych w skupiska, na granicy błony śluzowej jamy ustnej i warg, niekiedy wychodząc poza granicę rąbka czerwieni wargowej. Początkowo pęcherzyki są wypełnione treścią surowiczą, następnie ropną i w ciągu kilku dni pokrywają się strupami. Zwykle towarzyszy im lekkie pieczenie lub niewielka bolesność; niekiedy objawy te poprzedzają wystąpienie opryszczki o 2-3 dni. Czasem pęcherzyki mogą też wystąpić w okolicy otworów nosowych. Wykwity opryszczkowe pojawiają się zwykle w momencie osłabienia odporności komórkowej organizmu. Często występują przed ujawnieniem się objawów innej choroby lub w trakcie powrotu do zdrowia. Wysiew opryszczki wargowej może wystąpić również po ekspozycji na światło słoneczne (opalanie). U kobiet nawroty opryszczki wargowej mogą korelować z miesiączką."
[źródło:https://pl.wikipedia.org/wiki/Zakażenia_opryszczkowe] 


U mnie zawsze przez kilka dni jest problem z suchymi ustami a następnie czuję delikatne mrowienie w miejscu gdzie opryszczka powstanie. Wtedy wiem że już należy działać. Zawsze gdy czuje takie mrowienie naklejam już moje sprawdzone plasterki COMPEED. Leczenie mojej opryszczki za pomocą plasterków trwa max 4 dni. I mam spokój. Jednak tym razem skończyły mi się plasterki i pomyślałam skoro tak to kupię maść i spróbuję czegoś nowego. I to był mój błąd! Kupiłam ZOVIRAX a moja opryszczka to był koszmar. Nie dość ze cały czas mi leciała z niej ropa. pojawiały się strupy to jeszcze miałam ją tydzień ... Do tego wszystkiego przez kilka dni miałam małą bliznę która w końcu mi zeszła. Teraz już wiem że w takich sytuacjach skoro mam coś sprawdzonego to zawsze po to powinnam sięgać. Plasterki są dostępne w opakowaniu po 15 sztuk, sterylnie zapakowane. Ja zawsze kupuje całe pudełeczko ale możecie chyba też kupować na sztuki. Cena to ok 18 zł za pudełeczko. Plasterki naklejamy zaraz jak czujemy mrowienie ale jeśli nie zdążymy i opryszczka już się pojawi to nic nie szkodzi, plasterek też sobie z nią szybko poradzi. Plasterki są bardzo delikatne więc musicie ostrożnie je rozpakowywać i naklejać. Pamiętajcie że jeżeli dotkniecie plasterka zanim go przykleicie na odpowiednie miejsce to plasterek może się już dobrze nie przyklejać. Więc starajcie się go nie dotykać palcami. Teoretycznie plasterki są niewidoczne jednak wiadomo że to plaster i widać go odrobinę ale widać - dla mnie to nie jest problem bo zakładam że najważniejsze jest moje zdrowie a nie to co ktoś sobie myśli czy widzi mój plasterek. Problem jest też w czasie picia, napój Wam może podejść pod plaster i może się później odrobinę odklejać ale to nic bo i tak działa. 
Wiem też że jest dużo domowych sposobów na leczenie opryszczki np. z cebulą, czosnkiem, cytryną czy aloesem. Ja jednak nigdy nie eksperymentowałam z tymi rzeczami i jednak nie będę po nie sięgać gdyż wiem że najlepiej mi pomagają moje plasterki.
Pamiętajcie też by zawsze dokładnie umyć ręce zanim nakładacie jakikolwiek lek na opryszczkę. 
Warto pamiętać by nie pić z tego samego kubka, szklanki czy butelki z innymi ludźmi. Opryszczka jest zaraźliwa i możecie się nią zarazić drogą kropelkową. Nie dzielcie się z innymi ręcznikami czy sztućcami. Nie pozwalajcie by koleżanki używały Waszych błyszczyków, pomadek itp. To Wasze prywatne rzeczy i pilnujcie tego. 

Życzę Wam jednak byście nie musiały po nic leczniczego sięgać i żeby Was opryszczka nie dopadła! 

Cudownego czwartku,
A. 


Ps. Posyłam link do artykułu dotyczącego domowych sposobów na leczenie opryszczki. Może któraś z Was się skusi. KLIK 

Organic lip balm


Cześć kochani,

Znów do Was wracam. Miałam trochę spraw na głowie więc musiałam załatwić to i tamto :)
Ale już jestem i zabieram się do pisania.
W okresie jesienno zimowym lub wiosną każdy z nas stara się dbać o spierzchnięte i popękane usta które są narażone na czynniki zewnętrzne typu mróz czy wiatr. Ja również mam podatne usta na te czynniki i staram się pielęgnować usta jak tylko mogę.

Niestety ale u mnie w kraju jest bardzo często chłodny wiatr a co za tym idzie o usta muszę dbać cały czas. Ostatnio natknęłam się na bardzo fajne i ciekawe balsamy do ust od marki NAKED LIPS tutaj macie link do stronki producenta. Marka ta oferuje balsamy do ust oraz peelingi. Wszystkie produkty są organiczne i mają przepiękne, owocowe zapachy. Dla każdego znajdzie się coś innego :) Kosmetyki mają różne składy. Jedne z masłem shea inne z aloe vera. Każdy dobierze produkt do swoich potrzeb. Ja mam dwa te balsamy w sztyfcie. Jeden to After Sun Citrus & Aloe Vera oraz Superfruits Bluberry, Acai, Goji, Baobab and Pomegranate. Więc jak widać składy ciekawe i bardzo zróżnicowane :)

Balsamy te są bardzo wydajne i oprócz tego że pięknie pachną i mają fajny skład to jeszcze bardzo dokładnie nawilżają nasze usta, pielęgnują i przynoszą nam ulgę i to natychmiast. Jestem zadowolona z nich i ciesze się że mogłam je wypróbować. Kupicie je tutaj. Z tego co się orientuję w Polsce nie są dostępne ale mogę się mylić. Jeśli są dostępne to dajcie mi znać.
Tyle jeśli chodzi o owocowo-organiczne nawilżacze do ust. Wpis nie jest długi ale zależało mi żebyście zobaczyły i sprawdziły sobie tą markę bo wiem że jest dużo osób lubujących się w kosmetykach naturalnych bądź ekologicznych. Jeśli tylko będziecie mieć okazję je kupić to zachęcam :)
Trzymajcie się cieplutko i zapraszam na Instagram KOSMETYKIWMOIMSWIECIE

A.

ORIGINS A Perfect World

Hej kochani,

Witam Was w to piękne, słoneczne, majowe popołudnie. Pogoda nam dopisuje to człowiekowi aż chce się żyć i ma pełno energii!

Przychodzę dziś do Was z moim nowym żelem do mycia twarzy. Właściwie już nie taki nowy bo używam go dwa tygodnie ale na tyle się poznaliśmy że mogę o nim kilka słów napisać.
Żel ten jest marki ORIGINS z serii A PERFECT WORLD with white tea.

Jest to już kolejny kosmetyk tej marki i za każdym razem jestem zadowolona. Tak też jest w przypadku tego żelu.
Bardzo ładnie pachnie, świeżo, orzeźwiająco. Jest mega wydajny. Wystarczy wycisnąć z opakowania krople wielkości grochu na dłoń i to nam wystarczy by dokładnie umyć naszą twarz. Ładnie się pieni, lubię jak kosmetyki się pienią. Bardzo dokładnie oczyszcza naszą twarz. Skóra po umyciu jest świeża, delikatna w dotyku, dokładnie oczyszczona i gotowa do dalszej pielęgnacji. Żel ten radzi sobie z makijażem czy jego resztkami. Zawiera w swoim składzie białą herbatę, minerały i aminokwasy palmy kokosu oraz owsa.

 Jestem z niego bardzo zadowolona chociaż ma jeden minus który jakoś szczególnie mi nie przeszkadza ale jednak jest, otóż żel ten szczypie mnie w oczy. Już dawno nie miałam żelu który szczypie mnie w oczy. Cóż tragedii z tego powodu jakoś strasznie nie ma, nadal go będę używać i nadal będę zadowolona :) Używanie go sprawia mi radość. Jego opakowanie jest również wygodne i praktyczne. Żel ten kupiłam za ok 110 zł za 150 ml. Myślę że jest wart swojej ceny gdyż jest naprawdę bardzo wydajny i starczy nam na kawał czasu. Ja kupiłam w sklepie stacjonarnym ale również kupicie online. Mogę go Wam spokojnie polecić bo będziecie tak samo zadowolona jak ja :) Spokojnie mogą  go używać osoby z cerą mieszaną czy normalną. Pewnie do niego wrócę ale mam jeszcze kilka żeli na oku. Więc muszę przetestować wszystko po kolei :)



Znacie ten kosmetyk? Możecie mi o nim coś napisać? Chętnie poczytam :)
Cudownego popołudnia oraz wieczou :)
A.

KWIECIEŃ - podsumowanie miesiąca


Cześć dziewczyny,

Nadszedł czas podsumowania miesiąca kwietnia. Zastanawiam się tylko kiedy on mi tak szybko minął. To chyba jakiś żart bo zaledwie kilka dni temu - dokładnie takie mam odczucie, pisałam podsumowanie miesiąca marca. Wam czas też tak szybko leci? Kurczę, jakby go spowolnić? Nie chcę się tak szybko starzeć ;)

Kwiecień - od początku tego miesiąca czekałam na Święta Wielkanocne, popędzałam dzień za dniem (i chyba dlatego tak szybko zleciał) by zobaczyć się z moimi rodzicami, którzy przylecieli do nas na tydzień urlopu no i też na Święta. A przed ich przyjazdem wiadomo porządki i ogarnianie.
Ich pobyt u nas też strasznie szybko minął, nie zdążyłam się nimi nacieszyć a już musieli wracać. Jednak był to udany czas i dobrze go będę wspominać. Nadal czekam na słońce tak samo jak w miesiącu marcu. Ale doczekać się nie mogę ... Może jak będę pisała podsumowanie Maja to napisze Wam że w końcu przyszło do nas słońce :) W czasie Świąt mieliśmy tylko dwa dni słoneczka więc wykorzystaliśmy ten czas na spacery nad morzem. Kocham morze :)


# Nadal kontynuuję ćwiczenia ujędrniające uda oraz pośladki. Jedynie w czasie Świąt zrobiłam sobie wolne ale zaraz po wróciłam do nawyku z poprzedniego miesiąca. W tej kwestii nic się nie zmieni póki nie zobaczę zadowalających mnie efektów. Jeśli ktoś nie czytał podsumowania Marca to umieszczam Wam tutaj filmik z którym ćwiczę Klik oraz dodałam sobie do tego część drugą filmiku tj. Klik. Jeżeli już jesteśmy w temacie pielęgnacji ud oraz pośladków to nadal je szczotkuję na sucho. Szukam dodatkowo jakiegoś produktu ujędrniającego na te partie ciała. Jeśli coś możecie mi zaproponować to piszcie w komentarzach - będę wdzięczna. Lub na instagramie ;)

# Czasem nie mam czasu na maseczki ale wzięłam się w garść i sumiennie dwa razy w tygodniu nakładam maski na twarz. Najczęściej towarzyszyła mi w tym miesiącu maska od Origins Original Skin Retexturing Mask with Rose Clay. Napiszę Wam o niej osobną recenzję bo warto się jej przyjrzeć bliżej. Teraz Wam mogę tylko napisać że to świetna maska i ją serdecznie polecam :)

# W kwietniu codziennie używałam kremu i nadal używam i chyba będę używać kremu do twarzy na dzień od CLARINS. Jestem w nim zakochana i nakładanie go na twarz sprawia mi ogromną radość. Pisałam Wam o nim pełną recenzję tutaj KLIK. Kto jeszcze go nie używał ten powinien spróbować :)

# Nadal nawadniam organizm a wieczorami po ciężkim dniu zaparzam sobie herbatki PUKKA. W tej kwestii póki co nic się nie zmieniło i nie zmieni. Piję też więcej herbaty w cytryną. Wracam do wspomnień, do domu.


# Na nadal zimne wieczory polecam książkę " Sekrety urody Koreanek" Elementarz pielęgnacji. Książka jakiś czas temu robiła furorę na blogach i Instagramie więc kto jeszcze nie miał jej okazji przeczytać to polecam. Można pogłębić swoją wiedzę, poznać inny punkt widzenia w sferze pielęgnacji. Czyta się szybko i przyjemnie. Oczywiście nie dajmy się zwariować i nie rzućmy wszystkimi kosmetykami do kosza na rzecz koreańskich kosmetyków. Zachowajmy zdrowy rozsądek i wyciągnijmy odpowiednie wnioski z książki.

# W miesiącu kwietniu używałam kominka z olejkiem zapachowym, różanym. Działa na mnie odprężająco i otula mnie swym zapachem :)

# Czy sobie coś kupiłam w miesiącu kwietniu? Hm ... tak ;) Kupiłam dwie pary spodni w H&M oraz Diorshow Maximizer marki Dior. Jest to baza/serum pod tusz do rzęs mająca na celu wzmocnić oraz wydłużyć rzęsy. Nie powiem Wam jak się sprawuje gdyż jeszcze jej nie używałam ale na pewno dam Wam znać. Czytałam na jej temat wiele dobrych opinii i liczę że sprawdzi się też u mnie.

Myślę że to tyle jeśli chodzi o miesiąc Kwiecień. Tak szybko mi minął że nawet nie ma go co opisywać :) Ale przyjemnie mi się te podsumowania pisze więc zostanę przy tym.

A jak Wam minął Kwiecień? Tak samo szybko jak i mi?
Przesyłam uściski i trzymajcie się cieplutko!
A.

CLARINS krem na dzień oraz na noc


Witajcie !

Jak Wam mija niedziela? U mnie dziś na spokojnie. Właśnie piję herbatkę i zabieram się do pisania a później obiadek i słodkie lenistwo. Muszę naładować akumulatorki bo zapowiada się ciężki tydzień.

Dziś napiszę Wam o moich dwóch ulubieńcach. Długo szukałam odpowiedniego kremu na noc i na dzień i mogę chyba już napisać że znalazłam! Pewnie będą miesiące kiedy zdecyduje się na coś nowego bo lubię testować ale te kremy są już u mnie zapisane w stałej pielęgnacji i będę do nich wracać.

Zacznę od kremu na noc gdyż już Wam kiedyś o nim wspominałam. CLARINS Multi-Active Nutit Przeciwzmarszczkowy krem na noc dla skóry normalnej i suchej. Krem ten jest przeznaczony dla kobiet po 30 roku życia ale spokojnie mogą po niego sięgnąć kobiety wchodzące w 25 rok życia.
Krem ma za zadanie ochronić naszą cerę przed pierwszymi oznakami starzenia, nawilża nas, ujędrnia, spłyca pierwsze zmarszczki oraz zapewnia ochronę przed czynnikami zewnętrznymi. W swoim składzie zawiera ekstrakt z dzikiego ostu w kapsułkach, wolny ekstrakt z dzikiego ostu, organiczny ekstrakt z maku kalifornijskiego, kwas hialuronowy, organiczny ekstrakt z kiwi oraz organiczne masło shea. Skład bardzo zachęcający. Wszystkie te dobrodziejstwa są zamknięte w eleganckim, szklanym słoiczku a zawartość to 50 ml. Kosmetyk ten kupimy za 299 zł. Możecie kupić na stronie producenta lub w drogerii internetowej czy stacjonarnie np. w Sephora.
Jakie są moje wrażenia? Otóż kosmetyk ten stosuję od grudnia. Najpierw używałam próbki która była dość wydajna pisałam Wam o tym tutaj Klik - było to 15 ml produktu który był w zestawie z kosmetykami CLARINS. Wtedy Wam już pisałam że zaraz po próbce kupuję pełnowymiarowy produkt i tak też zrobiłam. Stosuję go codziennie wieczorem po dokładnym demakijażu. Nakładam niewielką ilość, gdyż jest bardzo wydajny i rozprowadzam po twarzy a następnie delikatnie wklepuję. Używam go albo w połączeniu z olejkiem od Kiehl's Midnight Recovery o którym pisałam Klik albo osobno. Krem ten szybko się wchłania i bardzo przyjemnie pachnie. Rano wstaję z nawilżoną, odżywioną cerą która jest przyjemna w dotyku. Naprawdę jestem z niego zadowolona i chętnie po niego wieczorem sięgam. Jest to krem który mogę polecić każdemu kto ma cerę suchą lub normalną i nie ma problemów trądzikowych i innych tego typu. Szukałam bardzo dobrego kremu na noc i go znalazłam! :)



Moje kolejne odkrycie i ulubieniec to krem na dzień również CLARINS Multi-Active Jour Przeciwzmarszczkowy krem dla każdego rodzaju skóry. Krem ten jak i jego "brat" jest przeznaczony dla kobiet po 30 roku życia i tu również śmiało mogą po niego sięgać kobiety wchodzące w 25 rok życia. Właściwie mogłabym skopiować wszystko to co napisałam o kremie na noc i wkleić tutaj gdzie mowa o kremie na dzień. Kremy te różnią się tylko kolorem słoiczka, delikatnie zapachem ale ten również jest piękny oraz nieco składem gdyż krem na dzień oprócz ekstraktu z dzikiego ostu zawiera również ekstrakt z myrothamnus oraz pigmenty "świetlne". Również zawiera kolagen jak krem opisany wyżej. Sięgam po niego rano po oczyszczeniu i osuszeniu twarzy. Nakładam niewielką ilość bo również jest wydajny jak krem na noc i rozsmarowuję a następnie wklepuję w twarz. Za 50 ml produktu zapłacimy 279 zł. Jest nieco tańszy. Znajdziecie go na stronie producenta lub w Sephora online lub stacjonarnie.
Oba te kremy świetnie współgrają z innymi dodatkami które stosuję czyli olejki czy sera. Nie mam żadnych niespodzianek w postaci uczuleń czy wyprysków. Moja twarz uwielbia te dwa kremy i sprawia mi ogromną radość ich używanie. Dodam jeszcze że krem na noc nadaję się pod pokład. Nic z podkładem się nie dzieje typu kruszenie czy rolowanie. Moja twarz po użyciu tego kremu jest cały dzień nawilżona i macha do wszystkich "patrzcie jaka jestem świeża, odżywiona i nawilżona" :)

Polecam :)

Życzę Wam cudownej niedzieli i udanego, nowego tygodnia! :)
A.

Eveline Cosmetics

Witajcie kochani,

Mało aktywna jestem na blogu w miesiącu kwietniu ale przed Świętami jak i w czasie Świąt miałam urwanie głowy więc jestem usprawiedliwiona. Dziś się już u mnie uspokoiło więc zrobiłam sobie kawkę i siadam do pisania.

Na początku miesiąca otrzymałam od marki Eveline Cosmetics przesyłkę a w niej znajdowało się kilka kosmetyków. Pokazywałam Wam na Instagramie :)
Marka Eveline jest mi obca. Jakoś nigdy nie było mi po drodze by sięgnąć po ich kosmetyki. Ostatnio jednak widziałam na Instagramie że pewna dziewczyna zachwalała ich olejki do ust. Obiecałam sobie że jak tylko będę w Polsce to również kupię sobie te olejki bo bardzo lubię różnego rodzaju nawilżacze do ust. Jednak Eveline mnie wyprzedziło i wysłało mi między innymi olejki w paczce. Nawet nie wiecie jak bardzo się ucieszyłam otwierając pakę!
Miałam dość trochę czasu by przetestować kosmetyki które otrzymałam. Zacznę może od olejków jak już jesteśmy w ich temacie. W paczce były dwa olejki/serum do ust. Jeden to Cranberry a drugi Raspberry. Oba bardzo ładnie pachną aż ma się ochotę je zjeść :) Olejek ma za zadanie zregenerować, nawilżyć, powiększyć, wygładzić, ujędrnić, zniwelować zmarszczki, poprawić kontur oraz chronić przed słońcem,wiatrem czy mrozem. Jakie są moje wrażenia? Wygodnie i przyjemnie aplikuje się olejek na usta. aplikator jest delikatny i fajnie sunie po ustach. Ja nakładam dwie warstwy bo jedna nie jest dla mnie wystarczająca. Faktycznie olejek dobrze nawilża nasze usta, wygładza oraz chroni przed wiatrem którego u mnie ostatnio pod dostatkiem. Nie zauważyłam spektakularnego powiększenia i nawet tego się nie spodziewałam. Zwyczajnie nie wierze w tego typu powiększenie ust. Tak samo było w przypadku Maximizera od Dior. Teoretycznie powiększa usta ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej.

Olejek dość długo utrzymuje się na ustach. Usta ładnie się prezentują. Olejki te mają też bardzo fajny skład bo zawierają olejek arganowy, kokosowy, awokado, z oliwek, Inca Inchi oraz kolagen. Jestem też ciekawa tego zniwelowania zmarszczek bo jedna malutka pojawiła mi się koło ust. Będę systematycznie stosować ten olejek i dam Wam znać jak moja zmarszczka. Właściwie szukałam preparatu do ust na tą zmarszczkę. Może znalazłam ideał?
Podsumowując olejki jestem z nich zadowolona i chętnie do nich będę wracać. Parę osób porównywało te olejki do tych z Clarins ale to dwa odmienne światy.
Produkty te możecie znaleźć na stronie producenta KLIK w cenie 17,99 zł Cranberry oraz Raspberry 19,79 zł. Jak widzicie olejki nie są bardzo drogie a naprawdę warto po nie sięgnąć :)

Kolejny produkt z paczki to tusz do rzęs All in on. Jak wiecie używam i drogich i tanich tuszy. Na to u mnie nie ma reguły. Ważne by tusz spełniał wszystkie moje wymagania. Jeśli jest tani też może być ważne że spełni moje oczekiwania. I tak też jest w przypadku tuszu od Eveline. Tusz ten jest w cenie 13,85 zł ale to wcale nie znaczy że jest gorszej jakości, wręcz przeciwnie. Jak go otworzyłam to nie byłam zadowolona ze szczoteczki bo nie lubię takich gumowych ... Ale spróbowałam i miło mnie efekt zaskoczył. Szczoteczka bardzo ładnie rozczesuje moje rzęsy. Naprawdę byłam po wrażeniem. Tusz daje nam naturalny efekt. Moje rzęsy po zastosowaniu są ładnie wydłużone i pięknie rozczesane. Rzęsy nie są ze sobą sklejone. Więc jeśli mam ochotę na delikatny, lekki makijaż to tusz ten jest dobrym wyborem. Polecam :)


Jeśli już jesteśmy przy makijażu oczu to napiszę o dwóch kolejnych kosmetykach które były w paczce. Baza pod cienie All Day Stay 24h. Producent zapewnia nas o przedłużeniu trwałości makijażu, wzmacnia intensywność cieni, odżywia, nawilża, ujędrnia, napina, regeneruje, wygładza zmarszczki i zapobiega powstawaniu nowych. Jak jest w rzeczywistości? Otóż rzeczywiście przedłuża trwałość makijażu, cienie utrzymywały mi się przez cały dzień, faktycznie wzmacnia intensywność cieni oraz delikatnie nawilża powieki. Aplikacja jest banalna, co i jak to wiecie. Nakładałam produkt opuszkiem palca na powiekę i delikatnie wklepywałam po czym nakładałam pędzelkiem cienie. Produkt jest dostępny w cenie 18,68 zł na stronie producenta KLIK. Nie mam zastrzeżeń, śmiało mogę polecić. Jedynie zapach mi się nie podoba ale nie czuć go po nałożeniu, zaraz się ulatnia.
Jeśli baza to o cienie. Od dłuższego czasu sięgam tylko po beże. Kiedyś były to fiolety, bordo później szarości a teraz beże i czasem brąz. Tak więc gdy przyszła do mnie paletka od Eveline Rose all in one to sobie pomyślałam że już lata nie używałam takich kolorów w odcieniu różu czy bordo. Nawet się zaśmiałam sama do siebie.
Byłam tak ciekawa tej palety że następnego dnia zaraz poszła w ruch. I wiecie co? Kurdę naprawdę mi się te kolory podobają. Oczywiście nie zrezygnuje z moich beżowych i brązowych cieni bo naprawdę je lubię ale te kolory również będą teraz pojawiać się na moich powiekach. Paletka ta zawiera 12 odcieni. Kolory te wpadają w bordo, róż, fiolet i brąz. Można z tej palety wyczarować makijaż dzienny jak i wieczorowy. Naprawdę ładne zestawienie. Cienie są miękkie, wygodne w aplikacji, nie osypują się. Jednak by osiągnąć zamierzony efekt potrzebna nam będzie baza pod cienie. Inaczej cienie z palety nie będą takie ładne na powiece jak byśmy chciały. Na dzień dzisiejszy jestem z tej palety zadowolona, zobaczymy jak będzie dalej. Koszt to 51,59 zł. W najbliższym czasie pokażę Wam jak wyglądają na skórze z bazą i bez niej. Polecam paletkę :)
Ostatni już produkt z paczki to oczyszczający płyn micelarny by zmyć te wszystkie specyfiki o których wyżej napisałam ;) Nie mam szczególnych wymagań jeśli chodzi o płyny micelarne. Mają dokładnie zmywać makijaż, nawilżać, nie piec i nie ściągać skóry. Oczyszczający płyn micelarny FACEMED+  od Eveline Cosmetics świetnie radzi sobie z usuwaniem makijażu nawet tego wodoodpornego. Dokładnie go przetestowałam ;) Nie zawiera alkoholu, nadaje się do cery z niedoskonałościami oraz takiej która ma problem z nadmiarem sebum. Bardzo ładnie pachnie i nawilża moją skórę. Bardzo dobry produkt i wydajny, używam i używam a nie widać by coś ubywało. Podoba mi się też to że nie pozostawia tłustej warstwy i nie zamazuje oczu. Czasem po micelarach mam taką jakby mgłę ?
Cena to ok 17 zł za 400 ml produktu.

Powiem Wam że jestem miło zaskoczona tymi produktami i zachęcona by spróbować innych kosmetyków tej marki.

Pozdrawiam Was i zapraszam na Instagram
A.

Kilka kosmetyków Ziaja

Witajcie,


W grudniu będąc w Polsce kupiłam sobie kilka ... właściwie kilkanaście kosmetyków w tym także parę rzeczy od Ziaja. Mam kilka kosmetyków od nich takich wiecie pewniaków, ulubieńców ale czasem sięgam po rzeczy nowe, których jeszcze nigdy nie miałam. Tak było i tym razem. Kupiłam sobie kosmetyki które już kiedyś miałam i wpadły mi w oko i kosmetyki zupełnie mi obce.


Zacznę może od produktów do ciała.
Kupiłam dwa żele pod prysznic a właściwie dwa mydła. Jedno to kremowe mydło z serii Kozie Mleko a drugie to nowości której jeszcze nie miałam Oliwkowe mydło pod prysznic. Pierwszy z kosmetyków już miałam parę razy i mogę powiedzieć że to pewniak z którego zawsze jestem zadowolona i chętnie do niego wraca. Lubię jego zapach, gęstą konsystencję, to że jest wydajne i delikatnie nawilża moje ciało a w dodatku nie kosztuje fortuny a ok 8 zł za 500 ml produktu. Tanie prawda? :) A naprawdę godne polecenia. I jak w przypadku pierwszego mydła jestem zadowolona tak w przypadku tego z serii oliwkowej niestety nie jestem zadowolona. Jestem w trakcie jego kończenia i już nie mogę się doczekać kiedy nastąpi ten dzień i wyrzucę puste opakowanie do kosza.
Kosmetyk ten również jest tani bo za 500 ml zapłacimy jakieś 7-8zł. Jednak nic dobrego o nim nie mogę napisać. Zapach właściwie żaden, konsystencja średnio gęsta i na dodatek nie robi nic dobrego dla mojej skóry a nawet odnoszę wrażenie że mnie lekko wysusza. Na pewno do niego nie wrócę bo nie jestem zadowolona ...

Kolejne dwa produkty to kosmetyki do pielęgnacji twarzy. I tak samo jak w przypadku mydeł tak samo i w przypadku tych kosmetyków jednego mam pewniaka którego już miałam i jeden to kosmetyk nowy którego nigdy wcześniej nie miałam. Zacznijmy od pewniaka. Jest to pasta oczyszczająca do twarzy Liście Manuka. Jest to naprawdę pasta, taką ma konsystencję, zawiera w sobie granulki które nas porządnie  "wypeelingują". Skóra po takim oczyszczaniu jest delikatna w dotyku, dokładnie oczyszczona i czuć na skórze taką świeżość. Jestem z tego produktu zadowolona. Dodatkowo radzi sobie z resztkami makijażu. Używam jej 3 razy w tygodniu i powiem Wam szczerze że naprawdę sobie chwalę ten produkt oraz jego cenę tj. 7,20 zł na stronie producenta. Myślę że osoby z zaskórnikami śmiało mogą po nią sięgać i będą zadowolone.
Kolejny produkt to tonik do twarzy z serii Jagody Acai - kupiłam z czystej ciekawości no i bardzo lubię toniki z możliwością rozpylenia ich na twarzy. Nigdy wcześniej go nie miałam więc kupiłam. I to był mój błąd!! Już dawno nie byłam tak niezadowolona z kosmetyku jak z tego! O mamo!! Ten tonik najzwyczajniej w Świecie cholernie śmierdzi! Gdy przemywam nim twarz to wstrzymuje oddech! Rozpylam go na waciku i raz dwa przecieram na bezdechu twarz. Całe szczęście że szybko się ulatnia... Oprócz tego że brzydko pachnie to nic więcej nie robi. Dobrze że nie był drogi bo kosztował ok 9zł. Plus za to że można go rozpylać na twarzy ... no ale cóż to za przyjemność jak trzeba wstrzymywać oddech. Nie nie nie nie polecam!!

Ostatni z produktów to maska do włosów. Wszystkie dotychczasowe maski powoli mi się kończyły więc kupiłam tą. Jest to arganowa maska do włosów. Co mogę o niej napisać? Otóż od razu rzuca się w oczy a raczej nos przyjemny zapach który utrzymuje się długo na włosach po ich umyciu. Bardzo duży plus. Dodatkowo włosy ładnie się po niej rozczesują i są delikatne w dotyku. Maska też odżywia włosy i są błyszczące po jej zastosowaniu. Powiem Wam że jestem pozytywnie zaskoczona. Jedyny jej minus to to że nie jest bardzo gęsta. Maski które używałam zawsze były bardzo gęste, zbite a ta taka nie jest a co za tym idzie nie jest bardzo wydajna. Jednak za te pieniądze tj 9 zł za 200ml jest godna polecenia. Chętnie do niej będę wracać i Wam śmiało mogę polecić.

To tyle jeśli chodzi o kosmetyki marki Ziaja. Jak widać pewniaki zawsze będą pewniakami a nowości nie zawsze będą trafione w dziesiątkę. No cóż człowiek się całe życie uczy :) Mimo że na tych dwóch produktach się sparzyłam to i tak będę sięgać po inne, nowe kosmetyki Ziaja których jeszcze nie miałam.
A Wy znacie w/w kosmetyki? Jakie Wasze wrażenia?

Trzymajcie się ciepło!
Ania

MARZEC - podsumowanie miesiąca

Witajcie kochani,

Ostatnio zastanawiałam się czy czegoś nowego nie wprowadzić na bloga i pomyślałam że ciekawym pomysłem mogą być comiesięczne posty pt. "Podsumowanie miesiąca". Co Wy na to? Ja myślę że nawet dla mnie może to być comiesięczny rachunek sumienia. Tak więc że miesiąc marzec się kończy to przejdźmy do jego podsumowania. Podsumowanie to będzie zawierało kilka pozycji.


Marzec - jest to miesiąc moich urodzin tak więc do tego miesiąca mam ogromną słabość - wiadomo.
Mimo że to miesiąc mych urodzin to też miesiąc w którym wszystko zaczyna budzić się do życia. Pojawiają się przebiśniegi, krokusy i powoli budzą się tulipany i żonkile a że ja bardzo lubię wiosenny kwiaty tak więc ten miesiąc marzec jest dla mnie podwójnie wyjątkowy. Pojawiają się pierwsze ciepłe promyki słońca i człowiek ma więcej energii i chęci do życia. Kurczę! Ja naprawdę lubię marzec :)

  
# W miesiącu tym zaczęłam sumiennie ćwiczyć. Postanowiłam że ujędrnię uda i pośladki. Tak więc systematycznie wykonuje ćwiczenia tych partii ciała. Pomaga mi w tym filmik który znajdziecie na YouTube a dokładnie tutaj Klik. Autorem i wykonawcom jest Ewa Chodakowska. Póki co dopiero zaczęłam więc o efektach dam Wam znać w innym podsumowaniu.

# Jak już skupiłam się na mych udach to również sumiennie zaczęłam szczotkować ciało na sucho. Kupiłam sobie drewnianą szczotkę od THE BODY SHOP. Używam jej codziennie i liczę że uzyskam zamierzone efekty. Szczotka kosztuje ok 50 zł. Na początku obawiałam się że takie pocieranie na sucho szczotką będzie mnie boleć ale szczotka jest wykonana z przyjemnego włosia i nie podrażnia mojej skóry co jest dla mnie bardzo ważne.

# Jeżeli już jesteśmy przy pielęgnacji to oprócz zewnętrznej pielęgnacji wyznaczyłam sobie również cel by pić więcej wody niegazowanej. Muszę porządnie nawodnić swój organizm. Tak więc dziennie pije pół litra czystej, niegazowanej wody. Do tego oczywiście herbata, kawa i soki. Wcześniej nie piłam wody w ogóle ale moje postanowienie jest na tyle silne i dobrze mi w tym miesiącu szło. Oby tak dalej.

# Jak już jesteśmy w temacie nawadniania organizmu to polecam Wam serdecznie herbatę PUKKA Night Time. Przyjemnie pachnie, dobrze smakuje i zawiera kwiat lawendy, kwiat owsa, korzeń lukrecji, kwiat rumianku, kwiat limonki, korzeń kozłka lekarskiego oraz liść Tulsi. Możecie sobie o wpływie tych składników na nasz organizm poczytać np. Tutaj .


# Idźmy dalej krokiem pielęgnacji. Od miesiąca października do kwietnia zazwyczaj moje dłonie nie są w najlepszej kondycji. Używam bardzo dużo kremów i w miesiącu marcu towarzyszył mi krem marki NUXE. Średnio przepadam za ich produktami gdyż mają bardzo męczący, miodowy zapach jednak w tym kremie mi to nie przeszkadza gdyż szybko się ulatnia a pozostawia moje dłonie nawilżone i nie mam uczucia ściągnięcia. Tak więc mogę polecić. Napiszę pewnie o nim coś więcej w osobnym poście.

# W miesiącu marcu w mojej pielęgnacji twarzy dodatkowo towarzyszył mi olejek ISANGS o którym pisałam Wam tutaj . Kosmetyk ten niestety mi się już kończy ale sięgałam po niego bardzo często w miesiącu Marcu.

# Cały miesiąc marzec jak i właściwie luty i styczeń wieczorową porą towarzyszyła mi świeca w szkle od IKEA o zapachu wanilii. Zapach jest przepiękny a świeca długo się pali i jest wydajna. Jestem z niej zadowolona i chętnie po nią sięgam. Zapach nie jest drażniący a wiecie dobrze że ja mam problem z zapachami. Ładnie unosi się w mieszkaniu i poprawia nastrój. Nie jest też droga a starcza nam na długo. (Świeca jest na zdjęciu razem z książką, patrz niżej)

# W miesiącu marcu przeczytałam książkę pt. "Ta chwila" Guillaume Musso. Mimo że lubię książki z życia wzięte lub romansidła to ta książka mnie na tyle wciągnęła że mogę ją Wam polecić. Dobrze się ją czyta i umila czas przed snem.

  
# Co sobie kupiłam niekosmetycznego? Czas pożegnać ciepłe i grube swetry a przywitać lżejszą garderobę tak więc kupiłam sobie dwie nowe koszule i nowy cieńszy sweter. Muszę się zaopatrzyć w więcej wiosennych ubrań. A do tego dostałam w prezencie od narzeczonego nową torebkę na wiosnę z okazji urodzin Michael Kors JET SET w kolorze granatowym. Pozytywnie mnie zaskoczył :) Jestem zadowolona.

Tyle jeśli chodzi o miesiąc Marzec. Mam nadzieję że Was nie zanudziłam i dobrze Wam się czyta moje podsumowanie miesiąca. Dajcie znać czy taka forma postu Wam się podoba.

Cudownego tygodnia.
Ania.

Zmobilizuj się dziewczyno!


Cześć kochani,

Tu kontrola ! Jak Wam idzie dbanie o stopy? Pisałam Wam o moim sposobie na piękne i zadbane stopy. Post znajdziecie tutaj KLIK. Mam ogromną nadzieję że zabrałyście się do pracy a latem będziecie się mogły pochwalić pięknymi stopami. Cały czas trzymam za Was kciuki.

Dla niektórych dzisiejszy post może wydawać się oczywisty bądź dziwny a dla innych może być pomocny w wzięciu się w garść. Zapewne dla części z Was dbanie o siebie to naturalny odruch do którego Was nie trzeba w żaden sposób namawiać. Jednak są osoby dla których pielęgnacja to udręka, nie chce im się lub są znudzone. Grono osób zwyczajnie ma problem z tak prostą czynnością jak balsamowanie ciała. Niby nic a jednak.

Osoby młode nie widzą problemu. Też mi wielkie halo gdy się nie będę balsamować.
Otóż moja droga kobietko gdy jesteś młoda masz piękne i jędrne ciało ale nic nie trwa wiecznie... Niestety! Wszystko ma swój czas i jędrność naszego ciała również. Tak niewiele trzeba by zadbać o swoje ciało. Uwierz :)
Przede wszystkim powtarzaj jak mantrę że gdy teraz nie zadbasz wyjdzie to w przyszłości oraz jeśli sama o siebie nie zadbasz to nikt tego nie zrobi za Ciebie. 
Dla lenistwa nie ma usprawiedliwienia. Pielęgnacja ma być dla Ciebie czymś oczywistym, świadomym i naturalnym. To ma być odruch jak w przypadku umycia rąk po skorzystaniu z toalety.


Nie każdy lubi każdy rodzaj kosmetyku. Wiadomo. Dlatego warto dobrać kosmetyk do nawilżania ciała odpowiedni do swoich potrzeb. Ujędrniający, nawilżający, do skóry normalnej czy też bardzo suchej. W dzisiejszych czasach półki aż się uginają od ilości kosmetyków do ciała.
Ważne abyś wybrała taki kosmetyk który będzie odpowiednie dla Twoich potrzeb ale też taki którego będziesz używać z przyjemnością. Taki który na samą myśl że wieczorem go użyjesz sprawi że nie będziesz się mogła doczekać wieczoru. To ważne by pielęgnacja sprawiała nam przyjemność a nie była dla nas męczącym obowiązkiem. 
Ja osobiście lubię różne produkty do nawilżania ciała. Czy to oleje czy balsamy lub masła. Dobieram odpowiedni zapach i do dzieła. Codziennie po kąpieli czy prysznicu poświęć swojemu ciałku odrobinę czasu. Dosłownie 5 minut wystarczy byś szybciutko rozprowadziła po skórze odpowiedni kosmetyk do pielęgnacji ciała. To nic trudnego a zaowocuje, zobaczysz! Praca popłaca, czyż nie? :)

Był czas że ja również pomijałam ten krok w swojej pielęgnacji. Dużo obowiązków a mało czasu. Szybki prysznic i do spania. W miarę szybko się zorientowałam że moja skóra woła o nawilżenie. Była sucha i bez życia. Zaczęłam stosować nawilżający balsam i szybko zobaczyłam efekty. Wtedy obiecałam sobie że nic nie przysłoni mi pielęgnacji mojego ciała. Jak wyglądasz zewnętrznie odbija się na Twoim wnętrzu. Nie pozwól by cokolwiek odwiodło Cię od kilku chwil dla siebie.
Zadbana kobieta to piękna kobieta. 
Niedługo nadchodzą bardzo ciepłe dni gdzie będziesz chciała odsłonić swoje ciało. Odsłoń je i chwal się piękną i zadbaną skórą. Niech wszyscy Ci zazdroszczą! :)



Powodzenia! :)

Jeśli trafił do Ciebie ten post to proszę oznacz mnie na swoim Instagramie wraz ze zdjęciem swojego ulubionego kosmetyku do pielęgnacji ciała. Nie zapomnij o #kosmetykiwmoimswiecie #dbamosiebie
Im więcej nas będzie tym większa mobilizacja dla innych dziewczyn.

Na zdjęciu widzicie :
- Masło do ciała TBS o zapachu Passion Fruit, cena 65 zł za 200ml produktu,
- Sorbet do ciała TBS o zapachu pomarańczy cena 49 zł za 200 ml produktu,
- Balsam nawilżający Evree cena 24 zł za 400 ml produktu,
- Olejek do ciała Garnier 19 zł za 150 ml produktu,
- Balsam do ciała w kostce Orientana cena 30 zł za 6 gram produktu.

Cudownego weekendu Wam życzę!
A.

Midnight Recovery - co by tu o nim napisać?


Witajcie kochani!


Mam wolne popołudnie więc póki mogę to siadam i piszę. Później chcę jechać do IKEA więc muszę się sprężyć :)
Dziś o olejku/serum na noc od marki Kiehl's a dokładnie Midnight Recovery Concentrate. Kupiłam go w grudniu i właściwie od drugiej połowy grudnia używam ale dopiero dziś czuję się na tyle pewna by coś o nim napisać. Pewnie już Wam się brzydnie czytanie o nim ale skoro go już kupiłam to chciałabym kilka groszy od siebie o nim dorzucić.

Tak jak pisałam kosmetyk stosuję od drugiej połowy grudnia. Czyli jakieś dwa tyg go stosowałam i przestałam. Nie widziałam żadnych powalających efektów oprócz nawilżenia i właściwie cały czas miałam mieszane uczucia i zastanawiałam się dlaczego na jego temat jest tyle westchnień. Myślałam że może nie potrafię sobie docenić jego cudownych działań czy co jest grane?! Po ok 1,5 tyg wróciłam do niego. Pomyślałam że skoro już w niego zainwestowałam to muszę go dokończyć i dokładnie obserwować moją skórę twarzy. Postanowiłam codziennie systematycznie go stosować po dokładnym oczyszczeniu mojej twarzy a przed nałożeniem kremu. I co o nim mogę teraz po wzlotach i upadkach napisać? Otóż ... :D
 

Kosmetyk jest naprawdę bardzo wydajny, wystarczy że zaaplikujemy kilka kropel na dłonie czy bezpośrednio na twarz i spokojnie nam go starczy na rozprowadzenie po całej skórze. Sama aplikacja również jest banalna a buteleczka z pipetą bardzo praktyczna, higieniczna i wygodna. Ma specyficzny i nieco drażniący zapach. Ja mam ogólnie problem z zapachami ale wiem że są osoby które bardzo lubią jego zapach tak więc to już zależy od gustów. Ja po codziennym stosowaniu już się do niego przyzwyczaiłam i nie kręcę nosem. Jego konsystencja jest jak olejek tylko nieco wodnisty. Ładnie i szybko się wchłania i pozostawia taką delikatną, tłustą warstwę ale absolutnie mi to nie przeszkadza. Jego cena to 15 ml 99 zł, 30 ml 174zł, 50 ml 264 zł. Ja osobiście polecam Wam zacząć od najmniejszej pojemności bo będzie Was mniej bolało jak Wam nie przypadnie do gustu :)
I teraz najważniejsze - przejdźmy do działania. Po dogłębnej analizie (chyba żadnego kosmetyku aż tak szczegółowo nie analizowałam) śmiem twierdzić że to rzeczywiście świetny kosmetyk po którego warto sięgnąć :) Fakt faktem nie polubiliśmy się na początku naszej znajomości ale teraz wiem że to kosmetyk po którego chętnie sięgam i który kupię ponownie. Naprawdę świetnie nawilża moją skórę twarzy, rano wstaję z nawilżoną i mega gładką skórą! Skóra aż macha do lustra i krzyczy "patrz jaka jestem zdrowa i piękna". I widzę że mój krem na noc w połączeniu z tym koncentratem lepiej działa. Jakby kosmetyki świetnie współgrają ze sobą i mają podwójną moc. Cena może nieco odstraszyć ale warto zainwestować bo produkt jest naprawdę wydajny i naprawdę genialny. Mam cerę normalną czasem mieszaną i w przypadku mojej cery się sprawdził. Nie wiem jak będzie u cer problematycznych musicie to skonsultować z Waszym dermatologiem lub zwyczajnie zaryzykować i obserwować. Kosmetyk jest naturalny więc myślę że większych szkód nie zrobi ;) W składzie zawiera olejek z wiesiołka, lawendowy olejek eteryczny oraz skwalan (również olejek).
W końcu mogę coś o nim napisać i aż mi lżej na duszy. I powiem Wam że naprawdę ciesze się jak pomyślę po demakijażu że czas na ten koncentrat. A to ważne aby kosmetyki sprawiały nam przyjemność.



Nie pytam czy go znacie bo odpowiedź jest zapewne twierdząca jednak zapytam czy już miałyście okazję używać i jakie jest Wasze zdanie na jego temat? Jestem bardzo ciekawa.


Cudownego tygodnia Wam życzę.
A.

Dbasz o stopy?


Witajcie kochani,

Zadam Wam pytanie takie jakie jest w tytule postu a mianowicie dbasz o stopy? Jak często je peelingujesz lub kremujesz? A może chociaż od czasu do czasu robisz im kąpiel w misce z solą do stóp? Odpowiedź brzmi negatywnie? Znaczy że niespecjalnie dbasz o stopy? To niedobrze !
Dokładnie za 99 dni zaczyna się kalendarzowe lato a Tobie będzie wstyd by stopy odkryć w eleganckich czy sportowych sandałkach. Liczę że weźmiesz się w garść i zaczniesz dbać o stopy! :)
Poniżej znajdziesz kilka kroków by mieć piękne i zadbane stopy! Bierz się do roboty bo zacznę Ci się śnić po nocach! :)

Jak wygląda moja pielęgnacja i jak może wyglądać Twoja. Prosta sprawa a efekt zadowalający.



# Krok 1

Po pierwsze musimy pamiętać by stopy codziennie (ważne) dobrze zetrzeć tarką bądź pumeksem pod prysznicem czy w czasie kąpieli. Zabieg trwa dosłownie kilka sekund. W drogeriach znajdziesz całą masę tarek do stóp. Z rączką czy bez, zwykłe bądź kolorowe. Ja najbardziej lubię zwykły pumeks z Rossmana marki Fusswohl w cenie 5,99zł. Bardzo dobrze zdziera moje pięty i pozostawia je gładkie i nie podrażnia w żadnym stopniu skóry na stopach.


# Krok 2 

Po drugie warto raz w tygodniu nalać sobie do miski ciepłą wodę a do niej wsypać sól do kąpieli stóp czy perełki do stóp. Produkt ten ma za zadanie również złuszczyć nam zrogowaciały naskórek, zmiękczyć skórę, nawilżyć skórę oraz ją zrewitalizować. Tak jak w przypadku pumeksów tak i soli w sklepach jest ogromny wybór. Dobierasz do swoich potrzeb. Taki produkt dodatkowo może pomóc Ci w przypadku nadmiernemu poceniu się stóp. Ja od jakiegoś czasu wybieram perełki do kąpieli stóp No36 za 6,99 zł i kupuje je w Rossmanie. W czasie takiej kąpieli gdy stopy porządnie się wymoczą możesz je również zetrzeć pumeksem. Efekt będzie świetny!


Gdy już tak świetnie idzie Ci codzienne ścieranie zrogowaciałej skóry stóp to brawo dla Ciebie! Wdrożyłaś/eś w swoje życie systematyczne pozbywanie się brzydkiej i twardej skóry na Twoich piętach i stopach! Brawo Ty!
Jednak nie spoczywaj na lałrach! To dopiero połowa sukcesu by osiągnąć cel!!


# Krok 3

Po trzecie i równie ważne! Nawilżanie ! Tak tak tak! Czy Ci się to podoba czy nie stopy nawilżać trzeba. Do tego zabiegu przychodzi do Ciebie cała masa produktów które kupisz wszędzie. Supermarket, drogiera, internet czy spożywczak! Wszędzie kupisz krem do stóp. Ja kremy do stóp często zmieniam. Gdy jeden mi się kończy to kupuję następny tak by mi się nie znudziło. Kremy są przeróżne czy to nawilżające, złuszczające lub przeciw poceniu się stóp. Naprawdę jest w czym wybierać. Kremy, sera! Nie wykręcisz się ;)
Ja obecnie używam Scholl Hard Skin Softening Cram ok 19 zł oraz SheFoot 19.99 zł. Oba produkty kupiłam w Rossmanie. Dla mega leniwców znalazłam ciekawy produkt którego jeszcze nie miałam ale kupie jak będę w Polsce. Jest to Evree spray do stóp ekspresowo nawilżający. To taka alternatywa dla kremów. Produkt dostępny w Rossman za 12,99 zł ale teraz jest na niego promocja i kupisz go za 9,99 zł!




Trzy kroki za nami! Da się? Pewnie że się da!! :) Świetnie Ci idzie!! A teraz coś dla zaawansowanych!

# Krok 4

Kolejny krok już nie taki obowiązkowy ale fajnie jeśli dojdziesz do tego punktu w swojej pielęgnacji stóp. MASKI - bardzo fajny wynalazek który dodatkowo pomoże naszym stopom. Nawilży je, odświeży i złuszczy. Zależy jaką maskę wybierzesz. Ja najbardziej lubię maski nawilżające lub regenerujące. Moje stopy po nich są mega gładkie i przyjemne w dotyku. Lubię to uczucie. Możemy kupić maski które nakładamy na stopy i czekamy aż same się wchłoną lub możemy kupić maski-skarpety które nakładamy na stopy jak skarpetki i tak sobie czekamy np. oglądając telewizję :) Taką maskę na zadbane stopy spokojnie możesz robić raz w tygodniu lub nawet raz na dwa tygodnie. Pod warunkiem że stosujesz regularnie kremy nawilżające i ścierasz zrogowaciały naskórek pumeksem.
Ja aktualnie mam maski do stóp od SheFoot w cenie 19,99 zł i kupicie je w Rossmanie.


Brawo!! Osiągnęłaś/eś wszystkie 4 kroki pielęgnacji stóp. Co za tym idzie, masz piękne i zadbane stopy które rewelacyjnie się prezentują w sandałkach, klapkach! Brawo Ty!! :) Możesz być z siebie dumna/y - bo ja z Ciebie jestem bardzo.
Tak też wyglądają moje 4 podstawowe kroki w pielęgnacji stóp.
Pamiętaj że stopy noszą Cię przez całe Twoje życie. Są narażone na obtarcia, niewygodne buty, odciski i inne uszkodzenia. Zadbaj o nie. Jeśli nie Ty to kto? Uwierz że to zaowocuje! Jestem z Tobą :)


Jeśli stopy są zadbane to i pedicure na nich prezentuje się lepiej! Śmiało sięgaj po ulubiony lakier i zrób sobie piękny pedicure. Odpowiedni kształt paznokcia i do roboty! Mi piłowanie i wygładzenie paznokci u stóp ułatwia Scholl elektroniczny system do pielęgnacji paznokci. Jestem z niego zadowolona. Służy mi od grudnia. Teraz jest w promocji i kupisz go w Rossmanie za 89,99 zł a w regularnej kosztuje 169 zł. Polecam.




Jakie są Wasze sposoby na dbanie o stopy?
Pozdrawiam,
A.